DSC00162

new year old me!

W nowym roku wracam i rozpoczynam nowe hasztagowanie: #liftingugadziczanek  . Jako, że najcięższe prace już za nami pozwalam sobie na stwierdzenie, że wykończeniówka to tylko lifting . Zapewne za rok popukam się w czoło czytając ten wpis (albo go usunę w akcie desperacji i skrajnej furii), ale najtrudniejsza batalia – o papier, który przyjmie wszystko, o pieczątkę, o czas, o mapę, o inną mapę, o jednak tamtą pierwszą mapę – zakończyła się naszym zwycięstwem, więc uzurpuję sobie prawo do wiary w to, że teraz będzie już tylko łatwiej i lepiej 😉

W ostatnim czasie dokonał się szereg prac, które przybliżają nas do zamieszkania w naszych Jabłonkach.

Chwilę przed nowym rokiem zamontowaliśmy piec klik i już teraz wiemy, że nigdy przenigdy nie warto zasypywać go nawet jednym workiem marketowego pelletu 😉

Przez chwilę, gdy piec ogrzewał tylko podłogówkę, bo nie zamontowaliśmy jeszcze grzejników, mieliśmy problem z zaciekami przy oknach dachowych, ale ich montaż kilka dni później całkowicie usunął problem. Co do samych grzejników, to okazało się, że wyliczenia z projektu nijak się mają do rzeczywistości i tak grzejnik, który (wg projektu) miał stanąć w największym zaraz po salonie pokoju (na tą chwilę można śmiało jeździć na rowerze) trafił docelowo do gabinetu/biura (graciarni, ale ciiii! bo G się obrazi!) Artura (który przez chwilę miał być garderobą) – te nawiasy to tak żeby przybliżyć Wam proporcje  😉 Na szczęście udało się je zamontować jeszcze tego samego dnia. Teraz czekamy jeszcze na grzejniki do łazienek i przybajerzone odrobinę grzejniki dekoracyjne do salonu klik .

Mamy już też pierwsze wykończone pomieszczenia! No, może „wykończone” to nie do końca trafione słowo, ale… w każdym razie po betonie już nie chodzimy. jeszcze przed świętami pojawiły się płytki w garażu i kotłowni. Oczywiście wg naszych wyliczeń zabrakło płytek na jedną ścianę 😉 ale dokupiliśmy i już czekamy na dalsze prace glazurnicze. Cudów nie ma, także zdjęcia pokażę jak posprzątam kotłownię 😉

28 grudnia (znamienna data, więc warto o niej wspomnieć) wyrwaliśmy się z G na cały dzień i choć początek brzmi romantycznie, to dopiero koniec romantyczny był 🙂 Cały dzień przeznaczyliśmy na zakupy wykończeniowe. Udało nam się wybrać płytki do łazienki na dole, podłogę do łazienki na poddaszu, oraz podłogę do kuchni, spiżarni i wiatrołapu. Potem weszliśmy do przypadkowego salonu ze stolarką wewnętrzną i… zamówiliśmy wszystkie drzwi. Okres między świętami a nowym rokiem obfitował w rabaty więc zostaliśmy po prostu kupieni 🙂 nie bylibyśmy sobą, gdyby wszystko przebiegło sprawnie- tak więc zapomnieliśmy o drzwiach między kotłownią i garażem 😉 ale G uzupełnił zamówienie przy pomiarach. Następnie przeszliśmy na drugą stronę ulicy i wsiąkliśmy w styl drzewa . Od początku bardzo chcieliśmy drewnianą podłogę w salonie (generalnie wszędzie, ale póki co jeszcze trochę stąpamy po ziemi) ale wizja prawie 50 metrów2 deski dębowej przerobionej na banknoty śniła mi się po nocach…. Jednak Andrzej Lulis mówi, że nie można się bać. Zdecydowaliśmy się więc na deskę 🙂 Zdjęcie wybranej przez nas deski w linku powyżej masakrycznie przekłamuje odcień drewna, pokażę go więc już na podłodze. Gdzieś w duchu marzę jeszcze o jodełce węgierskiej, ale boję się jeszcze mówić o tym głośno. Więc nie mówię. Głośno. 😉 Na koniec dnia zaliczyliśmy kolację i kino, czyli to, co kiedyś robiliśmy kilka razy w tygodniu, a teraz w ten sposób świętujemy kolejną rocznicę 😉

Jakiś czas temu udało mi się spotkać z panem Grzegorzem, który wykonuje kuchnie na wymiar. Pomógł w rozrysowaniu projektu, wsparł od strony merytorycznej, czasem ściągnął na ziemię gdy za bardzo odleciałam przy tworzeniu wyposażenia szafek i szuflad, ale często też wspierał moje dziwne pomysły – za co mu bardzo dziękuję na łamach bloga, na którego zagląda już nawet w porywach do 34 czytelników (mam nadzieję, że czytelników, a nie przypadkiem klikających i z odrazą naciskających czerwony krzyżyk ;P ). Mamy już projekt, który pojawi się w mojej kuchni być może jeszcze przed wiosną. Pan Grzegorz zajmie się też meblami do łazienki na górze i być może wymyślimy razem coś fajnego do wiatrołapu. PeeS: Pana Grzegorza polecać będę jeszcze w osobnym poście z realizacją kuchni. Mam nadzieję 🙂

Wybraliśmy też panele do pomieszczeń i holu na poddaszu klik . Klasycznie żadne z przedstawionych zdjęć nie jest nawet w połowie zbliżone do odcienia w rzeczywistości, co po raz kolejny potwierdza moją tezę, że online, to można tylko buty i kosmetyki (bez kolorówki!).  Tak, takie mam w głowie przemyślenia, takie tezy stawiam po głębokich analizach prowadzonych przed zaśnięciem. 🙂

Nie śmiałabym zapomnieć o tym, że mamy już pomalowany garaż! G, jesteś moim bohaterem!

aaaa! i mamy już swój prąd! Ze swojej własnej skrzynki! Tej wiekopomnej chwili nie mogłam nie uwiecznić na zdjęciu:

WP_20161228_007

Plany na najbliższe dni to ułożenie podłóg w kuchni/spiżarni/wiatrołapie, zalepienie dziur po pracach karton-gipsowych, zaplanowanie ostatecznej wersji górnej łazienki, ostateczny wybór frontów, uchwytów i frezów oraz wybór osprzętu elektrycznego. Ostatni punkt przyprawia mnie o szybsze bicie serca, bo to serce bije do Berkera serii 1930, a portfel na samą myśl dostaje spazmów… Dzisiaj bez zdjęć, bo na serwer wdarł się chochlik i poza usunięciem wpisów, usunął też trochę zdjęć z biblioteki, więc trochę minie, zanim je uzupełnię. Ale gorąco wierzę, że tekstem nie zanudziłam Was na śmierć (pora nie sprzyja entuzjazmom, ale może chociaż nie zasnęliście) a ja obiecuję, że wkrótce wrócę z nowym postem i pięknymi zdjęciami, bo Gwiazdka przyniosła Gadziczankom przepiękny, malutki aparat, który idealnie mieści się w dłoni, kieszeni jak i przepastnej torbie matki i dziecka:) Stay tuned!

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *