Jestem Jaki Jestem i Paolo Koejlo.

Jest już 22, większość z Was kładzie się już do łóżek (okej, nie kładzie. Przecież sobota. „Saturday? Dude, I’m a Mom and still unemployed” ;P ). W tle mam Juwenalia (czy tam inne „-nalia” ; pees: Konrad Cz. wiem o czym pomyślałeś, ale tam nie ma „N”) i zastanawiam się, czy po całym dniu spędzonym przy komputerze na szkoleniu mam jeszcze siłę i fun na ten wpis. Nie mam. Dobranoc.

 

Żartowałam. Mam 🙂 I czuję dzisiaj wewnętrzną potrzebę tego wpisu. 

W kwietniu H skończyła 3 lata. Mamy wiedzą jak to jest, gdy w ciąży od uderzenia hormonów wierzysz w rzeczy niestworzone i masz w sobie nadprzyrodzone siły, które na domiar złego każą Ci myśleć, że ten power i „dodatkowy silnik” będzie już z Tobą zawsze. Obserwuję na Instagramie wiele „koleżanek po fachu” (czyli tak po polsku – Mam. Bądźmy szczerzy, mam w tym totalnie najdłuższy staż! 3lata bez L4, urlopu, dodatku za szkodliwe warunki pracy ani nawet odpowiedniego przeszkolenia!) i niektóre – kurczę! prawie od samego porodu ogarniają rzeczywistość! Nie mówię tu o Mamach które spędzają 2 godziny nad obrobieniem zdjęcia i wybraniem #, żeby nowy wózek się zwrócił (na nowe muślinowe pieluszki ;P ) i jest to ich niejako praca, ale takich zwykłych Mamach na macierzyńskim, które super wyglądają z „messy bun” na głowie (Konrad, wiem że właśnie googlujesz!), rano wrzucają zdjęcie parującej kawki a w tle widać czyściutką kuchnię, takie które ogarną obiad i gary nie stoją w zlewie do następnego dnia (nie widać ich na zdjęciach z poranną kawą! 😉 ) pójdą na spacer z Maluchem, odwiedzą Mamę, po drodze kupią kwiaty, wracając -szybkie zakupy, po południu chwila relaksu na paznokcie i serial, a wieczorem, gdy Potomek już słodko śpi pod kołderką laMillou (żadna złośliwość, uwielbiam zwłaszcza te w jednorożce, słowo!) – randka z Mężem/Partnerem choćby na kanapie w salonie, obowiązkowo z własnoręcznie przyrządzoną sałatką, czasem lampką wina (czy tam lampą). Tam codziennie na obiad jest coś nowego (u mnie czasem to co wczoraj, zwłaszcza wtedy gdy wczoraj nie ugotowałam nic!), na podłodze nie ma okruszków chleba, którymi karmione były fioletowe myszki i pająki (powiedzcie że też tak macie, że nie tylko ja? ), tam zakupy mieszczą się w koszu pod wózkiem i nigdy z niego nie wypadają (ewrytajm!) a w lodówce zawsze jest to, na co masz ochotę. Tam Mama ma moc, by po południu 2x w tygodniu skoczyć jeszcze na trening. Tam gdzie nigdy deszcz nie pada!

Bo – weźmy na przykład taki wczorajszy dzień.Pierwszy dzień w życiu Hani, gdy w zwykły dzień roboczy nie ma mnie większość dnia w domu. Jestem 8 godzin na szkoleniu.Tata A już o 8 był w Motyczu. Córka H dzięki Bogu bez większych histerii została  z Babcią B. O 15.30 wpadam na chwilę do domu, oddaję Tacie A komputer, szybka relacja na temat przedpołudnia, wskakuję w spodnie/tiszert i biegnę na plac zabaw, gdzie od 14 buszują trolle H i Mimek pod czujnym okiem Babci B. Na szczęście chwilę po 16 dołącza ciocia Ania więc mogę biec do auta (jest po 16, najpiękniejszy czas, jeśli lubisz jeździć na pierwszym biegu. Tylko na pierwszym. ) bo właśnie na wczoraj na 17.30 jest umówiony w Motyczu hydraulik. W międzyczasie okazuje się, że mimo, iż jest dopiero po 16, on już tamprawie jest, a ja muszę jeszcze kupić zawór, którego nawet nazwy nie potrafię powtórzyć. W międzyczasie korki. Z zaworem poszło sprawnie. Jadę więc do Motycza. W międzyczasie korki. Teoretycznie do 17.30 ma jeszcze czas, ale ten hydraulik już prawie tam jest, a w międzyczasie  sami wiecie. Tymczasem już ostatni odcinek korków, gdy uświadamiam sobie, że ZAPOMNIAŁAM KLUCZA OD DOMU W MOTYCZU! Serce staje w poprzek, ostatnia deska ratunku to Magicy od kuchni – być może są jeszcze na budowie. Gdy okazuje się, że są, mam ochotę odpuścić im wszystkie grzechy. Gdy dojeżdżam kilka minut po 5, pan hydraulik oczywiście już tam jest i bez wstępów pyta mnie czy ciepła woda jest zakręcona, które wyjście w kuchni jest od ciepłej, a które od zimnej wody i informuje, że wszystkie zawory, które przed południem kupił Tata G są złe i czy myślę że uda się je zwrócić. Na szczęście w samochodzie miał dokładnie takie, jakich potrzebowaliśmy. Na swoją obronę mówię tylko że jakby potrzebował masażu pleców, to ja obiecuję, że nie będę go pytać, który to czworoboczny, a który najszerszy grzbietu. Z montażem schodzi panu szybciej niż z dojazdem ze Świdnika do Motycza, więc po 6 jesteśmy już po wszystkim. W opisie drogi powrotnej oszczędzę Wam informacji, że w bankomacie zabrakło pieniędzy (bankomat w Konopnicy – nie pozdrawiam!) i wiszę panu hydraulikowi 25 zł i że w samochodzie już na Kraśnickich orientuję się, że musiała mi wypaść pod bankomatem karta (ostatecznie wypadła mi z kieszeni pod fotel – na szczęście, bo w międzyczasie- sami wiecie). o 18.30 dojeżdżam na Dun. i okazuje się, że ZAPOMNIAŁAM O JAJKACH! Że obiecałam  H i Mimkowi kinderjajo i jestem tak psychicznie zmęczona, że nie mam siły na histerię spowodowaną moją własną sklerozą. Wracam się więc do domu, zabieram zachomikowane na taką właśnie okoliczność dwa jajka (angry birds i hello kitty) i idę po dziecię do Cioci Ani. Potem jeszcze apteka („Mamuniu, ziabaHki!” ) i szybkie zakupy („ale ja tylko chciałam Ci coś pokazać!”) i finalnie trafiamy po 20 do domu. Szybka kąpiel H, kołysanki i czytanka na dobranoc i… mogę iść pozmywać, zebrać z podłogi najniebezpieczniejsze potykacze w postaci Hankowych zabawek, obiecać sobie, że uzupełnię chociaż jeden jeszcze punkt projektu….ale okazuje się, że za chwilę będzie już nie piątek, a sobota. Uzupełniam więc kalendarz w telefonie o wszystkie możliwe dedlajny i wydarzenia moje, G i motyczańskie, Hankowych lekarzy, wyjazdy Babci B., (właśnie sobie uświadomiłam, że muszę jeszcze dodać odbieranie Mimeczka z przedszkola!) i padam. Dosłownie. Pisząc Alicji jak bardzo jestem zmęczona zasypiam w połowie zdania. Nie robiłam zakupów, nie robiłam obiadu, nie sprzątałam, nie zabrałam dziecka na spacer, nie wypiłam w domu ciepłej kawy, z Mężem zamieniłam 3 zdania -zadania, o żadnej sałatce nie ma mowy (okej, ostatecznie zrobiłam, ale nie zjadł!) że nie wspomnę o braku świeżych kwiatów.

I leżąc już dzisiaj w łóżku, z komputerem na kolanach (tak, Artur. Mam podkładkę.) myślę sobie tak: a może nie warto tak spinać dupy? Może to był tylko taki jednorazowy hardkorowy dzień? A może w najbliższej przyszłości #mamywracającejdopracy takie dni to będzie norma? Może jedyne, co mnie może uratować to zluzowanie i zachwyt nad tymi czystymi kuchniami, ładnymi filiżankami z parującą kawą przez chwilę, gdy H słodko zasypia, a przez resztę czasu cieszyć się, że  mimo busy day nie oszalałam, że H zasikała tylko jedną parę majtek i powiedziała, że to był super dzień, że powoli, ale systematycznie uzupełniam projekt, że świeci słońce i dzień jest długi więc mam czas na więcej ..?

Wiem, że doba każdego z nas ma 24 godziny. Że u każdego z nas jest ten sam poniedziałek, czwartek czy niedziela. Że każdy sam odpowiada przed sobą za to, jak ten czas spożytkował. Że jestem jaki jestem i kto mnie zna ten wie i inne Paolo Koeilo.

I choć czasem mam wrażenie, że moja doba jest niesprawiedliwie krótsza, to od dzisiaj nabieram wewnętrznego luzu i staram się wycisnąć z tej krótszej doby jak najwięcej w miarę swoich własnych możliwości, nie porównując się z moimi Instagramowymi idolkami. I piszę o tym tutaj, żeby mieć jeszcze większą motywację do zrealizowania tego postanowienia.

Kto dotrwał do końca? 🙂 Dzisiaj post z serii „Gadziczanki od kuchni”, a w następnym tą kuchnię już Wam przedstawię 🙂

 

2 przemyślenia nt. „Jestem Jaki Jestem i Paolo Koejlo.”

  1. Dzień jak co dzień 😉 dasz radę dzielna mamo!
    Koko dzambo i do przodu bo kto jak nie Ty (my?)
    P.s. Insta sałatki i parujące kawki (tudzież sen) są przereklamowane 😜

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *