Dzieci jako istoty omnipotencjalne

Zanim dokończy się pisać post o schodach, dzisiaj opowiem Wam jedną z tych scenek sytuacyjnych, gdy zbieram szczękę  z podłogi. Temat trudny dla wielu, ale okazuje się, że tylko dla dorosłych.

Niedawno na placu zabaw H poznała nową koleżankę. W jest starsza od H, ma już chyba dwie cyfry:) i porusza się na wózku. Kilka dni później podczas porannych prób pozostania jeszcze w łóżku (ja) i wyciągnięcia mnie z niego (H) wywiązała się między nami rozmowa:

„H:mamo a dlaczego W jeździ na wózku?

Ja:bo ma chore nóżki. 

H:mamo a dlaczego ma chore nóżki?

J:bo urodziła się dużo za wcześnie.

H:a dlaczego za wcześnie?

J:nikt tego nie wie. Powinna być w brzuszku u Mamy jeszcze całe wakacje (Dla H pojęcie czasu to totalna abstrakcja, ale wie, że po wakacjach pójdzie do przedszkola i notorycznie powtarza, że te wakacje to „strasznie długo czasu”) , ale wyszła wcześniej. 

H:mamo a ja mam chory brzuszek-czy też wyszłam za wcześnie od Ciebie z brzuszka? [i tu się pojawia jeden-zero dla Hankowej logiki]

J:nie, Ty urodziłaś się o czasie. Niektóre dzieci rodzą się zdrowe…

H:Mikołaj sam robi kupę i biega!

J:tak, Mikołaj urodził się zdrowy. Są takie, które urodziły się z chorym brzuszkiem…

H:i nie miały pupy!

J:na przykład nie miały pupy, albo rączki, albo nóżki. Albo nóżki były chore i nie potrafią same chodzić. Albo słabo widzą i potrzebują okularów. Albo nie widzą wcale i czytają książeczki nie z literkami tylko z kropeczkami-dotykają kropek i pod paluszkami pojawia się bajka…

H:albo słuchają bajki o alladynie w samochodzie jak jadą do babci Aldonki!

J:….. dokładnie tak. Inne nie słyszą i rozmawiają rączkami, a nie buzią. A jeszcze inne potrzebują lewatywy żeby zrobić kupę.

H: a moja przyjaciółka Zosia potrzebuje jeszcze cewnik do sikania!

J:owszem. 

H:mamo a lubią te dzieci się bawić? Czy ich rodzice kupili im do ich domu zabawki?

J:oczywiście! Wszystkie dzieci uwielbiają się bawić!

H:to dobrze. To tak jak ja.”

Dla H temat został wyczerpany. 

Nie wiedziałam, jak poprowadzić tą rozmowę. Niby wiem, jak wytłumaczyć Hani jej schorzenie, ale opowiadać o innych niepełnosprawnościach, gdy zjawisko jest dla dziecka totalnie abstrakcyjne- nie potrafiłam. Ale H jak zawsze wszystko wyprostowała. To ona poprowadziła rozmowę i dowiedziała się tego, co interesowało ją najbardziej- czy te „inne” dzieci są takie same jak ona. 

Niby prawda stara jak świat, ale gdy widzę, jak moje dziecko próbuje przyswoić zjawisko inności nie szukając różnic, a koneksji- zaczynam wierzyć, że 3lata które spędziłyśmy praktycznie nie rozstając się nie zostały zmarnowane. Widzę, że Hania zrozumie potrzebę niesienia pomocy, a nie współczucia. Serce rośnie. Haniu, rośnij na Dobrego Człowieka. Kocham Cię!